fbpx

Rok po przeprowadzce na wieś, czy było warto?

Comment

moje przemyślenia

                W maju tego roku minął rok od naszej przeprowadzki z Gdańska do niewielkiej wsi pod Trójmiastem. Czy było warto, co się zmieniło i dlaczego dopiero teraz o tym piszę. Czas biegnie bardzo szybko, a nie wszystko układało się tak sielankowo jak mogłoby się wydawać. Teraz czas na podsumowanie i nasze szczere wnioski, bo często piszecie, że też zastanawiacie się nad taką zmianą i przeprowadzką.

                Dlaczego po latach życia w Trójmieście, do którego wiele osób marzy żeby się wyprowadzić, my zdecydowaliśmy się uciec? O tym możecie poczytać w naszym pierwszym wpisie >tutaj<. To był początek naszej drogi, odważnej decyzji i licznych niewiadomych, z którymi musieliśmy się zmierzyć.

               Nasze pierwsze wrażenia po przeprowadzce na wieś opisywałam tutaj. Wtedy jeszcze byliśmy pełni optymizmu i radości, że wszystko będzie super, jednak czas pokazał, że część rzeczy okazała się inna, a my musieliśmy się dostosować. Nie wszystko poszło zgodnie z naszymi założeniami, część rzeczy trzeba było zmienić. Jednak wyszliśmy już ze wszystkim na prostą, więc czas na podsumowanie i podzielenie się naszym cennym doświadczeniem.

                Po pierwsze, po takiej dużej zmianie potrzeba czasu, aby w nowym miejscu poczuć się jak u siebie w domu. Nadal nie wszystko jest wyremontowane, cały czas coś urządzamy, zmieniamy i planujemy. Ale zdecydowanie z dnia na dzień czujemy, że jest to nasze ukochane miejsce na ziemi. Czy już na zawsze to życie pokaże, bo latem i zimą ciągnie nas co roku w góry 😉 więc kto wie, czy jeszcze kiedyś nie zafundujemy sobie kolejnej szalonej przeprowadzki…


   Jak nam się żyje na wsi i czy jesteśmy zadowoleni?


      Dom na wsi w pełni spełnił nasze wyobrażenia i marzenia. W tej chwili nikt z nas nie chciałby wrócić do Gdańska i do poprzedniego życia w mieście. Czujemy się tu doskonale i możemy cieszyć się spokojnym życiem i sielskimi widokami każdego dnia. Więc co poszło na początku nie tak?

       Po przeprowadzce zdecydowaliśmy, że będziemy chłopców dowozić do poprzedniej szkoły oddalonej o 40 minut od naszego nowego domu na wsi. W teorii i wpisując drogę w nawigację wszystko wydawało się realne i możliwe do zrealizowania. Życie jednak pokazało co innego…

       Adaś z Michałkiem chodzili do szkoły sportowej. Adam od 6 lat, a Michał od dwóch i nie chcieliśmy im tego zabierać. Jednak plan zajęć w takiej szkole w starszych klasach wygląda tak, że Adam zaczynał lekcje o 7.30, a kończył o 17.30. Siłą rzeczy mąż z dziećmi wyjeżdżał z domu o 6.30, a wracał o 18.30. Czyli dokładniej 12h poza domem. Można tak wytrzymać miesiąc, dwa… ale dłużej się nie dało, nastąpił pewien kryzys…


Przyszedł czas, na zmianę szkoły


         W konsekwencji tego ja byłam w domu całymi dniami sama, a rodzinę widziałam tylko rano i wieczorem. A jak wiecie nie o to nam chodziło w spokojnym i sielskim życiu na wsi. Chcieliśmy zwolnić tempo życia i cieszyć się nim każdego dnia, ale tego dnia zupełnie nie mieliśmy dla siebie. Ta sytuacja  sprawiła, że ja zaczęłam popadać w depresję, a synowie i mąż tracić chęć do czegokolwiek. Wreszcie musieliśmy przerwać ten kryzys i po 3 miesiącach zapadła decyzja o zmianie szkoły.  Po licznych rozmowach z dziećmi podjęliśmy wspólnie decyzję, że zapisujemy ich do szkoły blisko naszego domu.

        Po wielu trudach i niepewności udało się chłopców w połowie semestru przenieść do nowej szkoły. Wszystko miało iść teraz z górki, ale przyszedł czas pandemii i zamknięcia szkół. Ledwo chłopcy poznali nowe mury szkoły, nauczycieli, kolegów, to szkoły zamknięto… To był kolejny trudny cios i moment. Ale już wtedy cieszyliśmy się, że zdążyliśmy przed tym zwariowanym okresem pandemii zmienić dzieciom szkołę. Pomimo zupełnie nowej sytuacji i zdalnego nauczania w końcu poczuliśmy w życiu spokój.


Co się stało z naszym kotem i dlaczego kupiliśmy psa?


           Gdy tylko udało się unormować życie po zmianie szkoły i ogarnięciu nauki zdalnej, kolejne nieszczęśliwe zdarzenie przyniosło nam sporo smutku. W kwietniu nasz ukochany kot Carlos zaginął. 🙁 Był z nami przez 5 lat, zaadoptował się do nowego domu, ogrodu, a któregoś dnia zniknął i nie wrócił. Wypatrywaliśmy go z tęsknotą każdego dnia… ile razu zdawało mi się, że stoi na parapecie za oknem, albo gdzieś zamiauczał… ale niestety to była tylko nadzieja.

         Dom na wsi bez zwierząt jest bardzo pusty, nie było kogo przytulić, pogłaskać, zaopiekować się… długo czekaliśmy z nadzieją, że nasz kot jednak wróci, ale w końcu trzeba było się z tym pogodzić. Dlatego po kilku miesiącach podjęliśmy decyzję, że musimy wypełnić tę pustkę, ale już nie kotem tylko psiakiem. Tym sposobem od 3 tygodni mieszka z nami ukochany jamniczek Bursztyn.

       To była bardzo trudna decyzja, ale biorąc wszystkie za i przeciw zdecydowaliśmy się na szczeniaka. Z racji, że sama wychowywałam się z ukochanym jamnikiem o imieniu Sara i to przez 18 lat,  to też z sentymentu wybraliśmy właśnie tę rasę. 🙂

       Już teraz po prawie 4 tygodniach nie wyobrażamy sobie życia bez Bursztynka. Wprowadził do naszego życia wiele radości i optymizmu. Jest też wiele obowiązków, którymi staramy się dzielić wszyscy po równo. 🙂 To na pewno nowy i wspaniały etap, a obserwowanie jak nasz maluch poznaje świat i wszystkiego się uczy jest niesamowite.


Jak dzieci odnajdują się w życiu poza miastem, czy czegoś im brakuje?


           Chłopcy szybko przyzwyczaili się do życia na wsi i od początku byli zadowoleni. Jedynym problem, który odbierał nam wszystkim radość były dojazdy do szkoły. Po przepisaniu chłopców do szkoły blisko domu, od razu było czuć wielką ulgę i radość wśród całej rodziny. Chłopcy wychodzą codziennie na dwór, grają w piłkę, jeżdżą rowerami, hulajnogami i przeżywają przygody z wesołą paczką nowych kolegów. Czuję, że w końcu mają dzieciństwo takie, jakie powinni mieć.

        Zdarte kolana, samodzielne poznawanie świata, swobodne zabawy, wycieczki rowerowe, to jest coś, czego brakowało nam w mieście. Tu dzieci na nowo odkrywają różne pasje i możliwości.

          Nie raz ich pytałam, czy tęsknią, czy chcieliby wrócić do miasta i odpowiedź zawsze jest -nie już nigdy, tu jest lepiej. 🙂 Oczywiście w każdym miejscu są inni ludzie, inne dzieci, ale akurat pod tym względem udało się super. Mamy blisko domu boisko, plac zabaw i sklep, a kilka kilometrów dalej  miasteczko, gdzie jest pełna infrastruktura. Dzieci mają skatepark, basen i w razie potrzeby większe sklepy, przychodnie, więc nawet nie musimy jeździć do Trójmiasta. Nawet w razie potrzeby można zamówić jakieś jedzeni na wynos, czy znaleźć nauczyciela do dodatkowego angielskiego.

     Tak więc nasza przeprowadzka z miasta póki co nic dzieciom nie odebrała, a sprawiła, że czują się tu naprawdę dobrze. A z racji, że nie chodzą już do szkoły sportowej zaczęli trenować Judo, które stało się ich nową pasją i pozwala wyzbyć się nadmiaru energii. 🙂 Taka odmiana po kilku latach trenowania gimnastyki sportowej, jest ciekawym doświadczeniem i przynajmniej nie stracą zupełnie tego, co latami wypracowali pod okiem wspaniałych trenerów z poprzedniej szkoły.


Zalety i wady dużego ogrodu


           Marzył nam się duży ogród z zielenią wokół domu, drzewami, przestrzenią do zabawy, czy do zrobienia ogniska. Jakimś cudem udało nam się wynaleźć w Internecie właśnie taki dom. Z dużym ogrodem prawie 2000m2. Jednak decydując się na taką przestrzeń trzeba mieć świadomość, że to nie tylko zalety, ale również dużo pracy i nakładów finansowych.

          Ogród jest piękny i nastrojowy.  Mamy sad, nowo założony warzywniak, kwiaty, miejsce na ognisko i mały stawek. Jest też mnóstwo trawy do koszenia, kwiatów, które trzeba pielęgnować i drzew, które trzeba przycinać i jeszcze wiele innej pracy. Wiosną musiałam nawet wleźć w wielkich kaloszach do stawku z żabami 🙂 i cały dzień wycinałam zeschnięte po zimie pałki wodne 🙂 O ile ktoś to lubi, nie boi się, sprawia mu to przyjemność, to na pewno będzie zachwycony dużym ogrodem.

          My akurat lubimy taki naturalny klimat, nie ma być wszystko pod linijkę, raczej sielsko i w zgodzie z naturą, więc sobie radzimy i jest pięknie. Mamy swoje pierwsze pomidory, cukinie, porzeczki, jeżyny, jabłka, a i dynie powoli rosną 🙂 Pięknie to obserwować i pielęgnować razem z dziećmi od nasionka.


Każda pora roku ma swój urok


Niezaprzeczalnie najpiękniej jest wiosną i latem. Jenak dla mnie każda pora roku w przyrodzie ma swój urok. Jesienne kolory, dżdżyste poranki, czy zimowe krajobrazy wyglądają bajecznie. Uwielbiam obserwować zachody słońca i tutejsze widoki podczas naszych wycieczek rowerowych, czy spacerów. Najtrudniej, gdy jest ciemno, zimno i plucha – jak w mieście. Wtedy to człowiek ma ochotę spędzać wieczór pod kocykiem przy kominku. 🙂 To jest też czas, gdy wracamy do gier planszowych i wspólnych wieczorów filmowych.


Co warto brać pod uwagę, wybierając dom na wsi


          Jeśli macie dzieci to zdecydowanie lokalizacja, komunikacja i infrastruktura wokół. Nie chciałam zabierać dzieciom wszystkich dobrodziejstw miasta, więc wybieraliśmy dom, który jest kilka kilometrów od miasta, które ma liczne udogodnienia jak basen, skatepark, kino, czy duże sklepy. Dzięki temu nie musimy jeździć 40 minut do Trójmiasta, z którego przecież zdecydowaliśmy się wyprowadzić.

       Na pewno warto mieć prawo jazdy, bo jesteśmy w pełni niezależni. Dwa samochody z pewnością też wiele ułatwią, ale my świetnie sobie radzimy z jednym samochodem. Korzystamy przy tym czasem z komunikacji np.: pociągu do Gdańska.

        Warto wybrać dom, który jest niedaleko szkoły, jakiegoś przedszkola, sklepu itp. Tak, aby nie być uzależnionym tylko od dojeżdżania samochodem. Z perspektywy czasu widzę jak to jest ważne i ułatwia życie. Oglądaliśmy jeszcze kiedyś inny dom, który bardzo nam się podobał, ale tam nie było właśnie boiska, placu zabaw, sklepu, pobliskiego miasteczka. W tamtym domu bylibyśmy cały czas zależni od samochodu, a wszelkie inne ważne rzeczy musielibyśmy załatwić w Trójmieście. Po czasie cieszymy się, że zrezygnowaliśmy z tamtego domu, bo nie byłby dla nas dobrym wyborem.

        Przyda się rozeznanie jakie są plany zagospodarowania wokół, jaki jest stan techniczny domu i co będzie do remontu. Tu raczej się nie zawiedliśmy jedynym rozczarowaniem było ogrzewanie. Mieliśmy piec na ekogroszek, który był stary i cały czas były z nim problemy. To niestety była wtopa, która kosztował nas dużo nerwów, stresu i finansów. Musieliśmy zmienić całe ogrzewanie na gazowe. Oczywiście jest też plus, że mamy teraz wygodę, czysto i nowy piec, ale jednak był to koszt, którego nie zakładaliśmy w pierwszym roku, a i formalności pochłonęły trochę nerwów i pieniążków.

         To właśnie taka jedna z nieplanowanych niespodzianek, które można napotkać, gdy kupuje się używany 10 letni dom. 😉 Ale mimo tego, nie zmieniłabym decyzji i cały czas cieszę się z naszego wyboru domu i miejsca do życia.


Czy drugi raz podjęłabym taką samą decyzję o przeprowadzce?


            Teraz z perspektywy czasu tak, ale gdy dopadł nas kryzys zawożenia dzieci do szkoły, to przez moment zaczęliśmy się zastanawiać, czy dobrze zrobiliśmy. Jednak kiedy podjęliśmy radykalną decyzję o zmianie szkoły, wszystko zaczęło się układać się tak jak marzyliśmy.

         Mamy spokój, piękne widoki, świeże powietrze, intymność i nie musimy już się męczyć w codziennym pędzie i pośpiechu w miejskim życiu. Zapomniałam już co to są korki, kolejki i zgiełk w tłumie ludzi idących pośpiesznie ulicą.

          Tu nawet na poczcie, czy w urzędzie wszystkie sprawy załatwia się szybciej i ludzie są jacyś bardziej sympatyczni. To co w mieście zajmowało mi godzinę, półtorej tu załatwiam w 20 minut 🙂 Dobrze nam i cieszę się, że mieliśmy odwagę na taką zmianę. Choć ten rok jest dla wszystkich bardzo trudny, to z każdym dniem bardziej cenię miejsce w którym jestem i żyję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Translate »